Skróty klawiszowe:

Pokaż moduł: Skróty klawiszowe.

Strona wykorzystuje pliki cookies.
Dowiedz się więcej...

Gmina i Miasto Koziegłowy

Gmina i Miasto Koziegłowy

Filtrowanie aktualności

data od

data do

Jan Kałuziński

W służbie Bogu i ludziom

 


Fotografia księdza Edwarda Janusa z roku 1956

 

W ubiegłorocznym Almanachu przedstawiłem postać księdza Edwarda Janusa, który w latach 1954-58 był wikariuszem w koziegłowskiej parafii. Bezpośrednim impulsem do napisania tych wspomnień było spotkanie - po 50-ciu latach – członków zespołu teatralnego i ministrantów z czcigodnym księdzem Edwardem, który co dopiero obchodził swoje 90-te urodziny. Wspomnienia wiążą się również ściśle z piątkiem 18 kwietnia 1958 roku, kiedy to po raz ostatni wystąpiliśmy na koziegłowskiej scenie ze sztuką „Żywot św. Genowefy” czyli „Siedmiu rycerzy walecznych”, jak zarejestrowała oficjalnie potajemnie przychylna księdzu polityczna cenzura tych trudnych czasów. Przybliżyłem w tej relacji niezwykłą działalność księdza na niwie społeczno - kulturalnej. Z satysfakcją odnotowuję, że docenił ten fakt redaktor najbardziej popularnej gazety w makroregionie Dziennik Zachodni Polska, który 3 stycznia br. recenzując bardzo przychylnie Almanach 2007, pod wielce znaczącym hasłem Skarby Ojczyzny napisał: „na pamięć i niezaginięcie w mrokach dziejów zasługują takie postaci, jak chociażby ksiądz Edward Janus, który w 1956 roku w Koziegłowach założył teatr amatorski, który bardzo zjednoczył tamtejszą społeczność”.

Tu muszę wtrącić, że nie mnie oceniać służbę duszpasterską księdza, choć ludzie mojego pokolenia doskonale pamiętają jego gorliwość kapłańską i nieprzejednaną postawę wobec programowej ateizacji życia.

Warto w tym miejscu wspomnieć jeszcze o jednym szlachetnym geście naszego księdza. Poradził rodzicom młodych aktorów aby pieniądze zebrane z biletów przekazać im w całości do podziału. Były to sumy niewielkie, ksiądz zrezygnował z jakiegokolwiek honorarium.

Po opublikowaniu tych wspomnień w Almanachu i w internecie nieustannie zaczęły docierać do mnie zapytania o bliższe szczegóły z życia naszego bohatera, nie tylko od znających go osobiście ale także od tych, którzy o nim tylko słyszeli lub dowiedzieli się z wyżej wspomnianej lektury.Z wielkim zadowoleniem konstatuję, że z inspiracji i za przyzwoleniem inicjatora i redaktora Wydawnictwa Pani doktor Józefy Wiśniewskiej, znakomitej postaci oświatowej i kulturalnej, nieocenionej i niezwykle zasłużonej dla Ziemi Koziegłowskiej, piewcy idei ocalenia od zapomnienia historii małych ojczyzn, postanowiłem przybliżyć postać księdza w sposób kompletny. Długo namawiałem go do zwierzeń. Bardzo skromnie odpowiadał: nic szczególnego nie uczyniłem, taka była wola Boża i takie moje posłannictwo ! Dopiero moje zdecydowane sformułowania odnoszące się do tzw. wzorców postaw i zachowań zrobiły swoje. Pomógł mi w tym w znaczący sposób rodzinny opiekun księdza, siostrzeniec, pan Wojciech Galus, którego nieprzeciętne przymioty osobowości artykułowałem w poprzednim Almanachu.

 


Ksiądz Edward w dniu swoich 91-szych urodzin ze swoim siostrzeńcem Wojciechem

 

Wspomnienia księdza przebiegały bardzo emocjonalnie, co szybko udzieliło się nam słuchającym: panu Wojciechowi, pani Wiesławie – sąsiadce bezinteresownie przyrządzającej księdzu posiłki i oczywiście mnie. Nie brakowało wzruszeń i ukradkiem ocieranych łez szczególnie wtedy, gdy ksiądz jednoznacznie wskazywał na jego... „Boże Wieczyste Wybraństwo”, jak to określił. Czynił to z godną podziwu kronikarską dokładnością. Myślą przewodnią tego „wybraństwa” było siedem (oczywiste skojarzenie biblijne) proroczych snów, w których Bóg Ojciec, Jego Syn i Matka Boża wytyczają jego życiowe losy. Pierwszy sen miał już w wieku 6-ciu lat, ostatni siódmy w Seminarium Duchownym w Krakowie.

 


Ksiądz Edward z najmłodszą siostrą Ireną

 

Tu konieczne wyjaśnienie, kiedy już miałem uporządkowany zarys wspomnień, otrzymuję od pana Wojciecha informację, że jego mama Irena – najmłodsza siostra księdza – znalazła w archiwum domowym własnoręcznie napisany przez młodego Edwarda życiorys z datą 25 września 1945 r. Elektroniczną pocztą natychmiast otrzymuję kopię i wszystkie moje kronikarskie zadania stały się zdecydowanie łatwiejsze. Przeczytałem jednym tchem tekst, w którym pełno dziecięcej i młodzieńczej tęsknoty za nauką, ostrożnej chęci bycia duchownym czy utraconą wolnością. Żeby pokazać jakimi sformułowaniami posługuje się 29-letni, nie wykształcony przecież młody człowiek, mający już jednak dramatyczny bagaż tragicznych wojennych przeżyć trzeba życiorys przytoczyć w całości:

Życiorys

Niżej podpisany Edward Janus, urodzony 1 października 1916 r. w Dąbrowcu a potem zamieszkały w Swojczanach w Domu Rodzinnym gdzie uczęszczałem do szkoły od siódmego roku życia w zakresie 4 oddziałów. Następnie w 1931 r. ukończyłem 7-mio-klasową Szkołę Powszechną w Tczycy. Po jej ukończeniu uczę się zawodowo przy murarstwie a w zimę przy krawiectwie. Przy pracy stale mam pociąg nieprzeparty do książek, do wiedzy. W roku 1933 biorę korepetycje od studentów w czasie wakacji, za które odrabiam z braku pieniędzy swoją pracą przy żniwach; a zatem aby wstąpić do gimnazjum nie mam jeszcze odpowiednich funduszów.

Aż dopiero w 1935 r. wstępuję do gimnazjum Księży Misjonarzy w Zduńskiej Woli, gdzie ukończyłem 4 klasy z maturą małą do Liceum w r. 1937. Małe Seminarium Duchowne nie odpowiadało moim funduszom a wkrótce potem znajduję się w wojsku, w formacji 8 p.p.L. (piechoty Legionowej w Lublinie). Nauki zostały przerwane jeszcze tem bardziej w r. 1939, kiedy wybucha wojna z Niemcami. We wrześniu owego roku dostaję się do niewoli jako żołnierz frontowy koło Lublina a następnie zostaję wywieziony wraz z innymi do Niemiec, gdzie 6 prawie lat w przymusowych pracach podzielałem los niewolnika – jeńca ze swoimi druhami Polakami. Głód wiedzy w języku ojczystym, tęsknota za utraconą wolnością, dawała się odczuwać na każdym kroku. Szukam wówczas tego, co odpowiada nauce historii i języków. Wreszcie ciemiężca upada, niewola znika, jak noc przed słońcem wolności, wracamy do kraju rozradowani z upadku znienawidzonego wroga.

Z pomiędzy wszystkich palących kwestii obecnego czasu, wybrałem ponownie wstąpić pod dach świątyni wiedzy, pod miły promyk oświaty. I choć materialnie jestem zniszczony, po pierwsze to niewolą a po drugie zniszczeniem mienia rodzinnego przez okupację niemiecką, to jednak z poczuciem jakiegoś obowiązku wstępuję do Liceum Humanistycznego w Będzinie od 1 października 1945 r. A zatem pragnę się kształcić,

by dobrnąć do celu nauki...                                                                                                                           Edward Janus

                                                                                             

Szczególnie warto przyglądnąć się charakterystycznemu stylowi; bardzo urozmajconemu słownictwu i zupełnie nieoczekiwanej interpunkcji.

Odczucia estetyczne i rodzinno - patriotyczne pozostawiam każdemu z osobna, bez wyraźnego nastawienia. Nie mogę jednak pozostawić bez komentarza pisowni dużą literą określenia „dom rodzinny”. Musiała ciągła tułaczka i zawierucha wojenna wypalić piętno na młodym umyśle, że z takim pietyzmem określa coś, co dla sporej grupy ludzi jest pospolitą rzeczą...

I jeszcze jedna ważna rzecz wynikająca z życiorysu. Młody Edward podaje, że urodził się 1 października 1916 roku, a w jego oficjalnych dokumentach widnieje 7 października. Otóż ta ostatnia data to dzień chrztu. W tych czasach praktyka taka nie była odosobniona. Panowała powszechna opinia, że chrześcijanin od chrztu świętego rozpoczyna swoje prawdziwe życie. Tak też postąpili rodzice naszego bohatera. Rodzice Edwarda mieli na imię: ojciec – Franciszek (zmarł w 1959 r. w wieku 76 lat), matka – Julianna z domu Dybek (zmarła w 1986 r. w wieku 91 lat). Dziadek Janus miał na imię Benedykt – znane dziś w kościele imię. Ksiądz miał dwóch braci: Franciszka (ur.1918 r.) i Andrzeja (ur.1920 r.), niestety już nie żyją. Żyją natomiast wszystkie trzy siostry: Katarzyna (ur.1920 r.), Marianna (ur.1923 r.) i Irena (ur.1927 r.). Ciekawostką jest to, że Katarzyna i Andrzej są bliźniakami.

Ale wracamy do proroczych snów, które – wg księdza zdeterminowały jego drogę życiową a szczególnie drogę do kapłaństwa. Najpiękniejszy sen miał w wieku 6-ciu lat. Mały Edziu stoi przed rodzinnym domem, w ganku. Po słupkach podtrzymujących dach pnie się winnorośl. Obok domu rośnie bardzo wysoka czereśnia, w oddali las. I właśnie od jego strony, górą podąża ku niemu przepiękna postać Matki Bożej by zatrzymać się nad czereśnią. Spływa na dół, bierze za rękę sześciolatka i wprowadza do pokoju kuchennego. Tu oznajmia rodzicom, że zabiera to dziecko na zawsze do siebie. Pyta jednak rodziców o zgodę, ci nie sprzeciwiają się więc wyprowadza Edzia przed dom i nagle – pozostawia go odchodząc bezpowrotnie...

W tym momencie księdzu załamuje się głos i gromko zapytuje: czy nie było to „wieczyste wybraństwo”, szczególnie z perspektywy dramatycznych przeżyć ?!

Będąc uczniem I klasy szkoły podstawowej zachorował na straszliwe owrzodzenie nogi. W uciążliwym bólu zdążył już zapomnieć o pięknym śnie i zapragnął... umrzeć ! Dziecięca ciekawość ukierunkowała jego myślenie na pytanie, jak to się umiera ? Żeby przyspieszyć śmierć jadł surową fasolę.

I wtedy - we śnie – otwiera się niebo i widzi Boga Ojca, który grożąc placem mówi: Nie wolno ci umierać  !!

Wkrótce następny sen. Widzi grób, a na nim rośnie najpiękniejsza lilia. Ukazuje mu się ponownie Pan Bóg, który mówi: taka oto byłaby lilia na twoim grobie, ale nie wolno ci umierać ! Wyzdrowiał. Po jakimś czasie znowu śni: leży w stodole na snopkach zboża. Lenistwo doprowadziło go do tego, że zapomniał o niedzieli. Mama przychodzi i woła, że czas udać się na Mszę świętą. Nie idzie. Niewidzialna siła budzi go. Zrywa się i już na jawie przekonuje się, że jest niedziela. Dogania mamę i już razem idą do świątyni. Kolejny sen znowu w stodole. Olbrzymia studnia przy wejściu do niej. Jakby z czeluści wyłazi z niej szatan i chce zagarnąć Edzia ogromnym, ognistym jęzorem ! Następuje dramatyczne przywołanie Anioła Stróża. Zwycięża oczywiście Anioł.

Na kolejny sen musi czekać do końca wojny... Zadaję w tym miejscu pytanie dotyczące powołania do kapłaństwa a raczej w jakim momencie życia zaczął o kapłaństwie myśleć. Odpowiedź  była jednoznaczna. Czy „wieczne wybraństwo” mogło być realizowane nie w stanie duchownym ? - zadaje pytanie. Tylko i wyłącznie, a duchownym chciał zostać już wtedy, kiedy pukał do furty Pijarów w Krakowie czy u Franciszkanów w Niepokalanowie, gdzie przyszły święty ojciec Maksymilian Maria Kolbe zdecydowanie poradził mu najpierw wyuczenia przydatnych zawodów. Łatwo dziś spekulować. Wtedy młody Edward nie miał środków finansowych na kształcenie, na bytowanie w jakimkolwiek zakonie. Ciężką pracą chciał spłacać dług. I jak tu nie zwątpić ? Opatrzność czuwała, ze snów należało wyciągnąć wnioski. Ciężką pracą na polu, czy przy wyuczaniu zawodów gromadził skromne fundusze na naukę. Na pomoc rodziców nie mógł liczyć; był najstarszy z sześciorga rodzeństwa i na niego raczej patrzono. I wreszcie w 1935 roku wstępuje do gimnazjum u Księży Misjonarzy w Zduńskiej Woli niedaleko Łodzi. Mieszka w przyzakonnym internacie i wreszcie zdobywa tzw. małą maturę. Niestety Małe Seminarium Duchowne – jak pisze w/w życiorysie – nie odpowiadało jego funduszom. Uzyskane świadectwo nosił przy sobie w kieszonce na piersi aż do końca wojny. Był okradany w czasie tułaczki wojennej często, świadectwo pozostało. Było jedynym dokumentem koniecznym do dalszego kształcenia.

Kolejny etap życia – wojsko. Tu zostaje pisarzem pułkowym, co było nie lada wyróżnieniem. Później to już tylko wojna, obóz jeniecki i niewolnicza praca. A co z powołaniem ? Trwało ! Przed Edwardem jeszcze wiele dramatycznych i desperackich zdarzeń, które mogły przecież doprowadzić do zwątpienia. W maju 1945 roku Niemcy kapitulują a przed 28-letnim człowiekiem szansa na powrót do domu. W miejscowości Köchelsdorf od wojskowego zarządcy otrzymuje wykaz Polaków, którzy mają dotrzeć do obozu przejściowego w Lubece. Tu wręcza wartownikowi ową listę i doznaje... fizycznej zapaści ! Niestety nikt nie udzielił mu pomocy. Po około 2 godzinach ocknął się ale wartownik nie chce go wpuścić do obozu, bo listę z jego nazwiskiem ktoś zabrał. Tłum gęstnieje i wtedy z obozu wychodzi polski oficer i donośnie woła:

-Słyszałem, że ktoś z was pragnie wrócić do Polski ?!

-To niemożliwe ! Ten kto zechce do kraju – kula w łeb !

-Możecie wyjechać do Anglii, Francji, Kanady, USA lub Australii – groźnie ucina.

Co począć ? - pyta w myśli Edward. Z kotłowaniny pomysłów wyrywa go nieznana kobieta, jak się okazuje później Polka z Wilna. - Czy chcesz wracać ? - pyta. Odpowiedź mogła być tylko jedna: tak ! Dziwnym trafem wpuszczają go na noc do obozu i tu ma kolejny sen... Pojawia mu się ta sama Matka Boża z pierwszego najpiękniejszego snu i mówi: - Nigdy Cię nie opuściłam ! Tylko tyle. Rano budzi się, dziękując Bogu w żarliwej modlitwie za widzenie i przez otwór w parkanie wychodzi z obozu. Natychmiast niespodziewanie spotyka panią z Wilna, która zaprowadza go do obozu, gdzie są... Rosjanie. Są przyjaźnie nastawieni. Pani z Wilna idzie „coś załatwiać”, a na odchodne zdecydowanie nakazuje mu: - Teraz wsiądziesz do tego towarowego pociągu z Rosjanami i pojedziesz do Polski ! Nie do USA, Kanady czy Australii ! I będą cię w pociągu pilnować – dodała. Więcej już jej nie zobaczył. Przypadek czy zrządzenie opatrzności ?!

Edward w osobie żołnierza rosyjskiego rzeczywiście miał tajemniczego opiekuna, który nie spuszczał go z oczu. Pociągiem tym jechali do Szczecina cały długi miesiąc, bo żołnierze rosyjscy rozbierali za sobą tory i ładowali na wagony. Na odchodne dostał od swojego opiekuna pół bochenka czarnego chleba. Po krótkim czasie siada wreszcie do polskiego pociągu pasażerskiego podążającego do Warszawy. Nie na długo. Polscy konduktorzy – o ironio losu – wyrzucają go z pociągu bo nie ma nic wartościowego w walizce. Nie było wyjścia, trzeba było znowu poszukać pociągu... rosyjskiego. Edward miał w kieszonce zegarek. Dla żołnierza rosyjskiego „czasy” (tak nazywają zegarek) to największe wtedy dobrodziejstwo. Więc mu go zabierają. W przedziale niespodziewanie dosiada się oficer rosyjski, który okazuje się być pochodzenia polskiego z Odessy. Jechał na urlop wojskowy. Byli bardzo zmęczeni. Oficer nakazał pilnować się na zmianę i tak dotarli do Warszawy. Oczywiście oprócz snu, było co wspominać i niejedna łza spłynęła po policzku. Pożegnanie było spontaniczne, nie widzieli się już potem nigdy. Oficer pojechał w swoim kierunku a Edward wsiadł do pociągu zdążającego do Krakowa przez Katowice. Do przedziału wsiada zakonnik, paulin. Czyżby kolejny mąż opatrznościowy ? Dziś ksiądz Edward Stanowczo twierdzi, że tak.

W Katowicach wysiada i znowu zostaje okradziony. Najbardziej, bo z dokumentów. Pozostało mu tylko – i na szczęście – świadectwo małej matury, które nosił uparcie „za pazuchą” na sercu... Dla Edwarda postępek polskich konduktorów czy kolejne okradanie nie były wielkim zaskoczeniem. Zdążył się już przyzwyczaić do wielu przeciwności losu. W końcu – pomyślał – świat składa się z ludzi, rzeczy i zjawisk dobrych i złych i trzeba się z tym pokornie pogodzić. Ale złu trzeba się przeciwstawiać choć pamiętał zawsze o ewangelicznym nadstawianiu drugiego policzka...

W Katowicach Edward przesiada się na pociąg przejeżdżający przez Charsznicę, gdzie wysiada. Rodzinne strony, dom, znajomi coraz bliżej... Uczucie radości potęguje się... Przysiada na parę minut na swojej walizce aby zebrać myśli i siły, czeka go bowiem ostatni już odcinek drogi, pieszo 5 km do domu w Swojczanach. Na peron wtłacza się lokomotywa, która ciągnie wagony towarowe. Przystaje na chwilę i z wagonów wyskakuje mnóstwo ludzi. Nagle niespodzianka ! W tłumie zauważa swoją siostrę Katarzynę. Radości było co niemiara, nie wiedzieli o sobie nic przez długich 6 lat. Była z tego spotkania jeszcze jedna korzyść, miał ktoś wreszcie nieść walizkę... Kasia zwlekała z informacją o spalonym przez Niemców domu rodzinnym. Najgorszy więc widok był ciągle jeszcze przed Edwardem. Kiedy wreszcie się to stało, to oprócz męskiej łezki przyszło na myśl czasem pomyślane powiedzenie surowe ale adekwatne do życia Edwarda: „Kogo Pan Bóg miłuje, temu krzyża nie żałuje”... A niejeden krzyż był ciągle przed nim, w czasach kapłańskich szczególnie...

Po upływie dwóch tygodni jedzie do Miechowa aby w Rejonowej Komisji Wojskowej dokonać obowiązku rejestracji. Wraca nocą pieszo. W okolicy Charsznicy jest przypadkowym świadkiem egzekucji złapanego przez partyzantów człowieka. Jemu grozi w tym momencie to samo... Tylko zdecydowanie dobra wola jednego z egzekutorów ratuje mu życie... Było to 15 lipca 1945 r. Z życiorysu wynika, że 1 października 1945 r. rozpoczyna  naukę w Liceum Humanistycznym dla dorosłych w Będzinie, które kończy w czerwcu następnego roku. Ma wreszcie „dużą maturę” jak wtedy mówiono i poszukiwanie kapłaństwa wreszcie nabiera realnych kształtów.

1 września 1946 r. staje się to, co było pragnieniem całego, świadomego dotychczasowego życia. Trafia w mury Częstochowskiego Wyższego Seminarium Duchownego, które wtedy miało siedzibę w Krakowie przy ul. Bernardyńskiej 3. Budynek Seminarium powstał w 1930 r. ze składek wiernych, zamieszkali tu pierwsi kandydaci do kapłaństwa. Z seminaryjnych okien budynku widać od strony zachodniej Wawel. Tu dygresja. Widoku tego doświadczyłem osobiście w lipcu 1957 roku, kiedy to drugi wikariusz koziegłowskiej parafii, ksiądz Wiktor Depta – także absolwent teologii UJ - zabrał ministrantów na wycieczkę do Krakowa. Muszę tu wyznać, że od tego czasu ciągnęło mnie tam nieodparcie, a w licznych wyobrażeniach widziałem się tam zdecydowanie ! Cóż, powołanie kapłańskie nie było mi dane... Już w czasie studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim odwiedzałem tam właśnie mojego nauczyciela śpiewu ze szkoły podstawowej Kazimierza Mądrego, który przerwał pracę nauczycielską i poszedł „uczyć się na księdza”. Dużo opowiadał mi o prawdziwej miłości i poświęceniu dla drugiego człowieka. Prymicje miał w Koziegłowach. Dostąpił godności prałata. Odszedł do Pana przedwcześnie.


Ksiądz kanonik Edward Janus wśród kolegów z rocznika seminaryjnego

Ale wracamy do tematu.

Zanim zostanie się alumnem seminaryjnym, trzeba przejść niezwykle surowe wręcz ascetyczne rekolekcje. Wtedy powstaje pierwsze przekonanie młodego człowieka o swym powołaniu. Z pewnością Edward, mając 30 lat, zasadniczych wątpliwości nie miał. On już wtedy przekonany był o „Bożym wybraństwie” - o którym tak często z natchnieniem mówił. Zgłosiło się 50-ciu kandydatów do kapłaństwa. Tu uprzedzę wszelkie spekulacje liczbowe: kapłanów zostało 17-tu...

Mój czcigodny rozmówca doskonale pamięta ciągle powtarzane na rekolekcjach zawołanie: Sacerdos alter Christus ! czyli w wolnym tłumaczeniu: Kapłan jest drugim Chrystusem, tu na ziemi. Ileż ładunku emocjonalnego w tym zawołaniu. O drodzy czytelnicy wierzcie mi, słowa te wypowiedziane przez 92-letniego dziś kapłana zabrzmiały jak Wielkie Memento, Wielkie Powołanie. Przez kilka minut w pomieszczeniu panowała głęboka cisza i tylko ukradkiem każdy z nas, bez zawstydzenia wycierał wyciśniętą ze wzruszenia łzę.

Częstochowskim biskupem ordynariuszem był wtedy Teodor Kubina, pierwszym w historii biskupem, bo Diecezja Częstochowska powstała w 1925 roku, Sufraganem, tak wtedy określano biskupa pomocniczego, był Stanisław Czajka. Fotografia biskupa Teodora Kubiny wisiała w zakrystii koziegłowskiego kościoła obok papieża Piusa XII i prymasa Stefana Wyszyńskiego. Byłem ministrantem od czwartego roku życia, więc napatrzyłem się na fotografię do woli. Postać biskupa była mi bardzo bliska, również z innego powodu. Otóż szczególnym uznaniem cieszył się u mojej mamy Antoniny, bo niezwykle intuicyjnie wyczuwała jego dobroć, prostotę i ewangeliczną wiarę w Boga. Moi rodzice każdego roku pielgrzymowali na Jasną Górę (często zabierali mnie), a wtedy po wojnie to pielgrzymowanie miało swoisty wymiar i zwielokrotniony ładunek emocjonalny. Słuchali więc księdza biskupa z zapartym tchem. Warto w tym miejscu poświęcić trochę czasu koziegłowskim pielgrzymkom na Jasną Górę. Te z lat 1950-60 pamiętam doskonale. Kompania - jak wtedy mówiono – zawsze wyruszała pod koniec sierpnia w sobotę a powracała w poniedziałek. Wtedy to, pod wieczór cała społeczność parafialna wylegała na ulicę Woźnicką i Plac Moniuszki by żywiołowo witać zmęczonych ale dumnych pielgrzymów. Raz tylko kompania wróciła we wtorek, bo w poniedziałek 26 sierpnia 1957 roku była uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, a w takie święto pod żadnym pozorem wracać nie wypadało. Nam dzieciom i młodzieży dodatkowy dzień na Jasnej Górze sprawiał wyjątkową radość. Ileż można było naoglądać się przeróżnych zjawisk, ludzi, po prostu innego wielkiego świata.

Już od początku sierpnia dziesiątki parafian, w tym oczywiście my dzieci, zajmowało się konstruowaniem lub odnawianiem wymyślnych dekoracji. Do najbardziej imponujących zaliczano „Łódź Piotrową” z figurą Pana Jezusa na dziobie  i napisem „Ufajcie”, „Grotę z Lourdes” z klęczącą Bernardetką i duży krzyż z kotwicą. Zawsze było też ponad 20-cia tzw. „imionek” wykonanych z grubego drutu, a przedstawiające przeważnie serca, krzyże, gwiazdy i dzwony. Obłożone były białym sitowiem, tatarakiem, szerokolistną trawą i źdźbłami zbóż. Były religijne obrazy, chorągwie, strażackie sztandary i proporce. Marysia – Basia Jadowska, Wacek Kidawski z ulicy Woźnickiej oraz ja tworzyliśmy asystę do jednego z takich „imionek” w stroju krakowskim. Pierwszy raz było to w 1949 roku, a mieliśmy po 5 lat...

W następnych latach byłem marynarzem przy „Łodzi Piotrowej”, by wreszcie dumnie maszerować jako ministrant u boku księdza proboszcza Wacława Kałuskiego lub księdza wikariusza Edwarda – bohatera naszych wspomnień. Zawsze za pieszymi jechały wozy konne wiozące zmęczonych już starszych parafian i dzieci, bagaże, żywność a nawet dekoracje. Jako pierwsza, bez numeru, jechała bryczka dla księży. Przeważnie wieziono na niej wspomnianą ciężką grotę lub łódź. Z numerem pierwszym zawsze jechał wóz mojego taty Bolesława, ciągniony przez dwa konie: gniadego i siwego. Wspominam to z dumą i rozrzewnieniem. Kiedy już docieraliśmy do rogatek Częstochowy, zawsze na Ostatnim Groszu na długości około 200 metrów formowała się niezwykle kolorowa, paradna procesja, nasycona postaciami żywych aniołków, aniołów i krakowiaków. W Alejach Najświętszej Marii Panny kolumna wydłużała się, zajmując w rzeczywistości połowę tej reprezentacyjnej arterii miasta. Pamiętam witające nas tłumy Częstochowian i innych ciekawskich nie tylko z kraju. Ależ było to przeżycie ! Zdarzało się, że trzy orkiestry dęte (z Koziegłów, Cynkowa i Gniazdowa) na przemian grały marsze i pieśni religijne. Pamiętam też wyraziście pana Romana Słotę z ulicy Bema, który niejeden raz niósł całą trasę ciężki metalowy krzyż na czele pielgrzymki. Pamiętam panów Antoniego Majkę i Bronisława Puszczewicza z ulicy Targowej pieczołowicie zabezpieczających przemarsz kompanii na całej trasie z czerwonego klinkieru. Na pewno na osobne wspomnienia zasługuje wielu, wielu innych parafian pasjonatów ale to już temat na inną relację...

Moje pielgrzymowanie na Jasną Górę nie zakończyło się w tamtych latach. W maju 1962 roku, tuż po zdanej maturze, wyruszyłem na dziękczynne pielgrzymowanie z cała klasą. Ostatni raz przemierzyłem tę klasyczną trasę 30-tu km z moją córką Katarzyną, w 1994 roku przy końcu jej studiów. Później nasilający się ruch samochodowy zmusił mnie do zmiany drogi. Wtedy spod kościoła w Poczesnej przemierzałem okrężną trasę dwa razy w roku: w maju i  we wrześniu.
Zawsze towarzyszy mi żona Wanda, przyjaciele Marta i Aleksander, Danuta i Stanisław, czasem Matylda. Sporadycznie idą inni. Krótki odcinek w Poczesnej przypomina mi dawne czasy, czerwony klinkier, w niektórych miejscach przekładany. Jest wtedy czas na nostalgiczną refleksję... Jest cicha modlitwa i pątniczy posiłek. Fenomenem jest, że dołączyć chcą do nas zupełnie obojętni religijnie, zafascynowani tym co czynimy, słuchając wcześniej naszych opowieści o niezwykłej atmosferze jaka nam towarzyszy w czasie drogi. Trudno niektórym uwierzyć w to, że każdego roku nie możemy się doczekać momentu kolejnego startu pielgrzymkowego.

Po tym pielgrzymkowym moim wspomnieniu czas wracać do postaci biskupa Kubiny. Mimo, że byłem zupełnie małym chłopcem, utkwiły mi te opowieści o ordynariuszu wyjątkowo. Szczególnie wyraziście pamiętam ciągłe powracanie mojej mamy do niezwykłego wydarzenia jakiego była świadkiem, gdzieś na Śląsku. Biskup Kubina pochodził z tradycyjnej rodziny śląskiej ze Świętochłowic i miał szczególnie wyrazisty stosunek do rodziców, wręcz oddawał im publicznie hołd ! Właśnie tego wydarzenia świadkiem była moja mama. Samochód z biskupem i jego matką przyjechał w określone miejsce. Będąca w podeszłym wieku matka nie była w stanie wysiąść o własnych siłach. Wtedy w całkowitym skupieniu biskup wyniósł ją na własnych rękach z miną zdającą się mówić: - oto moja ukochana  mama...

Otóż ten właśnie biskup przybył któregoś wrześniowego dnia 1946 roku do Częstochowskiego Seminarium aby przyglądnąć się kandydatom na kleryków. Zasoby finansowe Edwarda były znikome. Wiedział, że bez funduszy nie ma żadnych szans na przyjęcie w poczet alumnów. Przeszłość nauczyła go jednak odwagi i roztropności. Postanowił wykorzystać obecność biskupa, poprosił o rozmowę i wyznał wszystko pokornie o dotychczasowym życiu. Chyba najbardziej – moim zdaniem – na postawę biskupa wpłynęła heroiczność Edwarda w dążeniu do kapłaństwa, jego wiek i spalenie przez okupanta rodzinnego domu... Biskup przywołał rektora i energicznie polecił mu, aby Edward mógł bezpłatnie ukończyć seminarium. - Odda wszystko jak będzie na swoim – krótko zakończył sprawę i błogosławiąc wszystkim odjechał. Kiedy Edward był oficjalnie alumnem i studentem Krakowskiej Wszechnicy, którejś nocy ma sen, ostatni... Widzi niosącego krzyż Chrystusa, który zwraca się do niego z takimi słowami: „Nie byłoby tego seminarium i nie byłoby ciebie tutaj, gdybym ja nie niósł tego krzyża... Nie wyjdziesz stąd, dopóki nie ukończysz studiów !”. Co pomyślał kleryk Edward po wybudzeniu, nie wiem. Nie miałem odwagi księdza zapytać; może jeszcze kiedyś to uczynię.

Wreszcie mógł się uczyć do woli: historii i języków (łaciny, angielskiego, francuskiego, niemieckiego, a nawet włoskiego i hiszpańskiego). Na seminaryjnych kołach zainteresowań mógł uczyć się artystycznego i gregoriańskiego śpiewu, gry na akordeonie, pianinie i skrzypcach, kaligrafii, retoryki i kompozycji. Całą tę swoją wiedzę i umiejętności przekazywał nam potem skrupulatnie i z oddaniem, jakby spłacał dług, chyba dług wdzięczności... Bogu za wszystkie otrzymane łaski i talenty... Ale na pierwszym miejscu były obowiązki seminaryjne i wiedza teologiczna. Pracę magisterską napisał z biblistyki.

Po ukończeniu seminarium i studiów teologicznych 24 czerwca 1951 roku został wyświęcony na kapłana. Nie było mu dane przyjąć święceń kapłańskich z rąk swego ukochanego biskupa Teodora Kubiny bowiem zmarł on 13 lutego 1951 roku. Przyjął więc święcenia z rąk sufragana bpa St.Czajki, który pełnił wtedy obowiązki pasterza diecezji, zanim mianowano nowego ordynariusza bpa Zdzisława Golińskiego. Dokładnie 6 lat wcześniej wrócił z wojennej tułaczki do Ojczyzny. Marzenie o kapłaństwie spełniło się. Dalsze życie nie pozwoli zapomnieć o wspominanym już powiedzeniu „Kogo Pan Bóg miłuje, temu krzyża nie żałuje”, które wypowiedział pierwszy raz w obliczu spalonego rodzinnego domu... Ale po kolei...

Pierwsze dwie parafie (Rędziny k/Częstochowy, Czeladź) traktuje jako „przygrywkę” do wielkiej działalności kapłańskiej i społecznikowskiej. Cztery lata w Koziegłowach (1954-1958) to już apogeum tej posługi i działalności opisanej przez mnie w poprzednim Almanachu. Dziś wiem – mogę to powiedzieć z cała stanowczością, że z Koziegłów musiał odejść – przez zawiść o to, że poderwał do wysokiego lotu olbrzymią grupę ludzi, a szczególnie nas młodych. Byliśmy nieprawdopodobnie rozżaleni. Ksiądz nie mógł nam wyjawić prawdziwej przyczyny jego odejścia, nie mógł zgorszyć maluczkich... Podobno grupa rodziców była w biskupstwie o pozostawienie ulubionego księdza. Nic nie wskórali...

A jakie miał ksiądz Edward i my plany ! Cóż, nie był nam dany na własność ! Kolejną jego placówką Parafię Podwyższenia Krzyża Św. przy Rynku Wieluńskim w Częstochowie biskupstwo traktowało jako przymiarkę do probostwa – miał już przecież 42 lata. Urzędujący tu proboszcz był już w podeszłym wieku i po cudem przeżytym obozie śmierci. W maju 1960 roku otrzymuje nominację na proboszcza w miejscowości Krępa k/Radomska. Zaraz po tym spotyka go niezwykle przykre przeżycie. Otóż w tamtych czasach nominację biskupa musiał zatwierdzić szczególnie ateistyczny urząd ds. wyznań, bez tego ani rusz ! Oczywiście, niektórym urzędnikom nie śpieszyło się ! Ta dramatyczna sytuacja trwała od czerwca do października, Pięć miesięcy bez możliwości posługiwania kapłańskiego i środków do życia. Już pod koniec maja na jego miejsce przyszedł nowo mianowany ksiądz, trzeba było zrobić miejsce na wikariacie i przeprowadzić się do domu parafialnego, w którym była scena. Na tej scenie urządził sobie niedoszły proboszcz miejsce koniecznego bytowania. Dramatycznie, prawda ? Miał więc nasz ksiądz sporo czasu na przemyślenia i zadawanie sobie pytań z gatunku: za czyje grzechy go to spotyka ? My głęboko wierzący wiemy, że to małe dziełko szatana. Wreszcie nominacja została zatwierdzona i od października 1960 roku do połowy 1967 roku urzęduje jako proboszcz we wspomnianej już miejscowości Krępa. Przyszłość pokaże jak niezwykle dramatyczne chwile będzie musiał tu przeżyć. Dziś nam czcigodny ksiądz porównuje posługę w tej parafii do pobytu Pana Jezusa w Judei, gdzie spór między faryzeuszami, saduceuszami i esseńczykami trwał nieustannie. Był to spór nie o sprawy Boże, ale czysto ludzkie, bardzo przyziemne. Przeżyć tu musiał ksiądz zmasowany atak rabusiów na plebanię a ci z zemsty, nie mogąc sforsować drzwi i okien, potłukli kamieniami wszystką dachówkę. Nie mógł tu być proboszczem dłużej; i tak praca w takich warunkach przez 7 lat graniczyła z cudem.

Następną nominację ksiądz porównuje do pobytu Pana Jezusa w Galilei. Taką przyjazną parafią były Węglewice k/Wieruszowa (dziś diecezja kaliska). W miejscowości Biadaszki 5 km od Węglewic wybudował kościół, co dla kapłana jest sensem życia z kręgu spraw najszlachetniejszych. Posługę proboszcza sprawował przez 26 lat, czyli do roku 1993, po czym przeszedł na emeryturę mając 77 lat.

 


Ksiądz kanonik Edward w swoim mieszkaniu z dziekanem dekanatu kaliskiego

 

Siostra Irena przekonała brata aby zrezygnował z bytowania w domu księży emerytów i zamieszkał przy niej. Sama będąc niepełnosprawną z synami Wojciechem i Zdzisławem uczestniczyła w przeprowadzce na nowe miejsce. Przebywa tu do dziś pod czułą opieką siostry Ireny i przyjaznych mu ludzi.

Wspominając cały swój, niezwykle skomplikowany żywot, mówi z naciskiem, że przez całe kapłaństwo – tak wewnętrznie – lękał się zawsze czegoś ! To „wieczne wybraństwo Boże” widać jak na dłoni.

Bóg dał, że dożył już 92 lat w znakomitej kondycji umysłowej, ma tylko kłopoty w swobodnym poruszaniu się. Nachodził się w swoim życiu, nachodził. Jest niezwykłym erudytą w każdej interesującej nas dziedzinie. Pismo Święte cytuje na zawołanie, a ileż innej mądrości !

Ja i moje otoczenie, moi koledzy z dawnych lat, z lat koziegłowskiego teatru i ministranckiego posługiwania jesteśmy głęboko przekonani, że Bóg zostawił go nam – po tak nieprawdopodobnie ciężkim życiu – aby dawać świadectwo prawdzie, prawdzie o życiu nadprzyrodzonym, o czuwaniu Niepokalanej nad rodzajem ludzkim, o ostatecznym zwycięstwie dobra nad złem i o Bożym Miłosierdziu.

Na koniec osobista refleksja. Pragnąłem podsumować wspomnienie modlitwą, która byłaby najbardziej adekwatna do osobowości Naszego Czcigodnego Księdza, wyrażała jego ludzkie odczucia, odzwierciedlała Jego heroiczność cnót i pokorę. Te które przytoczę wydają mi się najwłaściwsze.
 

Pierwszą napisał Klemens XI, papież w latach 1700-1721, człowiek wielce uczony i niezwykle pobożny:

Wierzę w Ciebie, Panie, lecz wzmocnij moją wiarę.
Ufam Tobie, ale wspomóż moja nadzieję.
Miłuję Ciebie, lecz uczyń moją miłość bardziej gorącą.
Żałuję za moje grzechy, ale spraw, bym żałował doskonalej.
Uwielbiam Ciebie jako Stwórcę wszechrzeczy.
Napełnij mnie swoją mądrością. Otocz swoja dobrocią.
Chroń swoją potęgą. Ofiaruję Ci moje myśli,
aby trwały przy Tobie; moje słowa i uczynki,
aby były zgodne z Twoją wolą, całe moje postępowanie,
aby było życiem wyłącznie dla Ciebie.
Chcę tego, czego Ty chcesz. Chcę, jak Ty chcesz i jak długo chcesz.
Proszę Cię, Panie, abyś oświetlił mój rozum,
pobudził moja wolę, oczyścił intencje, uświęcił serce.
daj mi, Dobry Boże, miłość ku Tobie i wstręt do moich wad,
szczerą troskę o bliźnich i pogardę tego,
co sprowadza na świat zło.
Pomóż mi zwyciężyć pożądliwości – umartwieniem,
skąpstwo – jałmużną,
gniewliwość – łagodnością,
a lenistwo – pracowitością.
Spraw, bym był skupiony w modlitwie,
wstrzemięźliwy przy posiłkach, dokładny w pracy,
wytrwały w podejmowanych działaniach.
Naucz mnie, jak małe jest to, co ziemskie,
jak wielkie to, co Boskie.
Jak przemijające, co doczesne, jak nieskończone, co wieczne.
Proszę o to przez Chrystusa, mojego Pana. Amen.

Drugą ułożył nieznany bliżej teolog Symeon z XI wieku.

Nie daj mi Panie, próżnej chwały tego świata.
Nie daj bogactw, co przemijają, ani wysokości tronu,
ani władzy nad tym co ginie, ale dołącz mnie do pokornych,
do biednych, do łagodnych, abym i ja stał się pokorny i łagodny.
A co się tyczy mojej służby, to jeśli nie jest ona pożyteczna,
jeśli się Tobie nie podoba, jeśli Tobie nie oddaję czci,
pozwól, niech będę od niej oddalony, a jedyną moją troską o Panie,
niech będzie opłakiwanie win moich i rozmyślanie o sądzie
Twoim sprawiedliwym i o tym, jak przebłagać Ciebie
tak bardzo zagniewanego.
Tak, Pasterzu współczujący, dobry i łagodny,
który chcesz zbawić wszystkich w Ciebie wierzących,
zmiłuj się nade mną, wysłuchaj mojej modlitwy,
nie gniewaj się, nie odwracaj ode mnie Swojego Oblicza,
ale naucz mnie spełniać Twoją wolę.
Nie szukam bowiem spełnienia mojej woli, lecz Twojej,
abym Tobie służył, o Miłosierny !

Niech te zawołania będą charakterystyką osobowości naszego ukochanego Księdza Edwarda. Ja wiem – wierzcie mi – że takimi lub podobnymi słowami modli się nieustannie !
Bóg zapłać za wszystko Drogi Księże !
Szczęść Boże na dalsze lata...


Ksiądz Edward w dniu swoich 91-szych urodzin. Autor wspomnień i jego żona Wanda wręczają dary

 

                                                                                                                                             Jan Kałuziński

10

KWI

2008

2417

razy

czytano

3055/3512

Najnowsze aktualności

Kalendarz

Logo serwisu.

E-mapa

Logo serwisu.

Galeria

Logo serwisu.

Filmy

Logo serwisu.

Wyszukaj na stronie

Twoja przeglądarka internetowa, bądź system operacyjny, nie wspierają lektora w polskiej wersji językowej.

Uruchom

Wstrzymaj

Przewiń animację o jedno pole w lewo.

Przewiń animację o jedno pole w prawo.

Ukryj moduł.